Walka o miłość we śnie

Tej a tej tajemniczej nocy pełnej fałszywych przebudzeń dostrzegłem w pokoju pianino tak czarującej budowy, że nie sposób było od niego oderwać spojrzenia. Trudno powiedzieć jak tam się znalazło i dlaczego wydawało się tak bardzo bliskie. Nie to jednak zawracało moją uwagę, gdyż niemal natychmiast ogarnęło mnie to specyficzne błogie, dziecięce uczucie zadowolenia, pozwalające w pełni docenić moc niespodziewanie zdobytego przedmiotu. Niezwłocznie musiałem go wyczyścić. Niejako przylepiony zacząłem troskliwie przecierać instrument i ku mojemu największemu zaskoczeniu wierzchnia warstwa zaczęła po chwili ustępować odsłaniając jego właściwą strukturę. Pod spodem znajdowała się olśniewająca konstrukcja z kryształu, a przez częściowo startą politurę przeświecał ideał kolorowej muzyki, o której wielokrotnie śnili A. Wallace Remington czy Aleksander Skriabin. Zachwyt i poczucie wzniosłości, jakie towarzyszyły temu odkryciu nie znajdywały odniesienia w naturze samego widzenia. Światło przeświecało jakby z poza samego obiektu, dawało się usłyszeć, wówczas jednak nie zdążyłem tego wszystkiego pojąć. Chwilę po przebudzeniu pokój był cichy, za oknem wisiał szary świt, obok łóżka stało czarne pianino. Od tej pory motyw z archeologicznego snu wracał do mnie wciąż na rozmaite sposoby. Chwilowe poczucie straty po obudzeniu rozrosło się tak, że nie dało się o tym zapomnieć w kilka dni, stopniowo obraz ten swoją wspaniałością zaczął przemieniać się w prześladowcę [brain worm]. Kiedy postanowiłem nauczyć się tolerować ów nie dający się zrozumieć wizerunek, spotkałem Olę Waliszewską i poznałem jej prace. Było to jedno z bardziej szczęśliwych zdarzeń, które pozwoliły mi zrozumieć moc tego rodzaju obrazów i płynącego z ich wnętrza światła.

Zasadniczo moje ulubione prace Aleksandry mówią o spotkaniach. Wąskich szczelinach zrozumienia pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem – artystką-dzikim dzieckiem i otaczającymi ją zewsząd spotworniałymi trajektoriami spojrzeń. Niczym w mówiącym o samej istocie widzenia śnie o niemożliwej muzyce kolorów, prace Waliszewskiej wydają zwracać się do odbiorcy hipnotycznym tonem przestrogi, „musicie być bardzo ostrożni, bądźcie bardzo ostrożni” – jednak dalej głos mówi – „trzeba zmierzać za głosem pragnienia”. Ponowne spotkanie jest rzeczą najistotniejszą – podążamy więc w głąb za artystką.

Wiadomo, że wszystkie więzi pomiędzy człowiekiem a naturą zostały zerwane już jakiś czas temu, a przed owym zerwaniem zwierzęta tworzyły pierwszy krąg otaczający człowieka. Dziś nie ma się już czego bać. Paralelizm podobieństwa – niepodobieństwa pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem zaczął przechodzić przemianę stosunku, najpierw zwierzęta stały się maszynami (podobnie jak dzieci w pierwszym stadium rewolucji industrialnej), następnie zaś w społeczeństwach postindustrialnych zaczęło się je traktować jako surowiec, przetwarzać niczym towary przemysłowe. Być może wszystko zaczęło się od popularnej piosenki śpiewanej przez wiktoriańskie teatry rewiowe, „spacer po zoo to jest właśnie to” [Walking In the zoo is OK. Thing to do]. Z pewnością jednak exodus zwierząt zmienił sposoby postrzegania, jak także wizerunek ich i nas samych. Waliszewska nie próbuje jednak niczego wyjaśniać. W pierwszym kontakcie świat jej prac to mroczny orbis tertius. Często pokrywa go ołowiane niebo, a z pobliskich zarośli dobiegają odgłosy uczty, ktoś tam próbując wyciągnąć cenny przedmiot z błota zauważa zbyt późno, że zapadł się zbyt głęboko. Ten równoległy świat jest idealną strefą przemian i cudów, bliskich rozmaitym dziwnym opisom owego pierwotnego czasu, które odnotował Roger Caillois w różnych stronach świata. Nic się jeszcze nie ustaliło, nie ma jeszcze żadnych norm, nie utrwalił się jeszcze żaden kształt. Wszystko co z czasem stało się nie do pomyślenia – jest jeszcze możliwe. Przedmioty same przez się przenoszą się z miejsca na miejsce, ludzie przeobrażają się w zwierzęta, a zwierzęta w ludzi. Zamiast starzeć się i umierać – zmienia się skóry. Cały wszechświat jest podatny na zmianę, płynny, niewyczerpany. Plony rosną same z siebie, a poćwiartowane zwierzęta znów się zrastają. Stąd też istoty zamieszkujące rysunki Waliszewskiej odległe są od dzisiejszych wytworów właścicieli zwierząt, przypominając przerażające i pozbawione substancji mackowate polipy. Scena często utrwala moment zaskoczenia lub jowialnego suspensu wywołanego pojawieniem się intruza. Międzygatunkowe spotkania ukazane zostają w decydującym momencie, odbywając się bez pośrednictwa języka. Zawarta w spojrzeniach wąska otchłań wspólnego sensu uświadamia na nowo znaczenie nieprzekładalnego powiedzenia entre chien et loup, wskazując, że stopni pośrednich pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem jest nieskończenie wiele, a z pewnością więcej, niż mógłby na to wskazywać ciasny obszar pomiędzy naturą i kulturą.

Figuratywny sens rysunków Waliszewskiej zawiera się w kompozycji, znakomitym wyczuciu abstrakcji, która wydobywa niesamowitość oraz nadaje znaczenie każdemu gestowi czy teatralnemu spojrzeniu w kierunku widza. Kompozycja pozwala tu odsłonić strach mężczyzn przed tym, co kobiety mogą robić w sekretnych miejscach swojego ciała, i tym, co czarownice i alchemicy knują w ciemnościach za zamkniętymi drzwiami. Kompozycje Waliszewskiej pozwalają w końcu uwolnić stworzenia od wiążących je zakazów, otworzyć granicę pomiędzy psem a wilkiem, tak by dystynkcja w bezpiecznym momencie graniczyła z cudem. Kuriozalne stworzenia, czasami naiwne i groteskowe są cieniem dawnego strachu i symbolicznej funkcji jaką stanowiły niewidoczne dziś zwierzęta. Tylko obecność artystki skłania cały las do zebrania się ponownie w jednym miejscu – po to tylko by wlepić w nią łakome spojrzenia, zbadać konsystencję i smak innego ciała.  Jest w tym też cały subtelnie wpleciony zasób kultury wizualnej, której elementy uzupełniają zakres bestiarium o koźle metamorfozy, kosmiczną łuskę bezkształtnych amatorów ludzkiego mięsa, czy wreszcie o cienie historycznych traum roztopionych w ołowianych, przyciężkawych zarysach.  Intymne i wyciszone sceny spotkań wywołują czasem wzmocnioną reakcję emocjonalną – sprzeciwu wobec rzekomego okrucieństwa i błahości tych wizerunków czy też – z drugiej strony – afirmację tego co niezwykłe, utrwaloną siłą kompozycji, nad którą nie daje się zapanować. Te cuda, jak wszelkie cuda – dodając za Melvillem – są po prostu powtórzeniem tego, co działo się przed wiekami i możnaby rzec, niczym nowym pod słońcem. (315-316). Przeciwnie jednak. Są to spotkania – zarówno artystki, jak i obserwujących ją widzów – których nie sposób zapomnieć, niechciane, naznaczone śladem innego, fantastycznego świata, którego prawa zdają się namawiać do porzucenia wszystkich dotychczasowych zwyczajów i zahamowań. Przy odrobinie uporu te hipnotyczne wizerunki pozwalają zmienić rozkład akcentów – przy czym fantasmagoria zostaje wciąż fantasmagorią, lecz stan obecny może stać się dla widza uświadomioną i rozbrojoną przeszkodą w myśleniu.
                                                                                                                               Krzysztof Gutfrański

                                                                               

Brak komentarzy: